Wianuszki 2009 w Warszawie

Warszawskie Wianki nad Wisłą 2009 – dawno Starówka nie widziała takich tłumów. To święto wyglądało niestety… tłumnie. I mrocznie, bynajmniej nie w przenośni – po zapadnięciu zmroku było po prostu ciemno.
Właściwie gdyby nie tytułowe puszczanie wianków, nikt nie zgadłby że ta impreza ma charakter święta tradycyjnego. Było jak zawsze: piwo z dmuchanych, pstrokatych namiotów, grille z kiełbasą, szaszłykiem, kaszanką, a nawet – ba! – tradycyjny polski kebab. Ot, festyn piwny.
Co prawda ludzie mówili, że gdzieś tam jest jakiś koncert, ale jakoś częściej komentowali ostatnie wyczyny p.Maleńczuka niż muzykę. Częściej też było słychać: panie, gdzie tu piwo? niż: gdzie tu grają? I znów kłania się kiepska organizacja wieczornej części: wzmiankowany brak dobrego oświetlenia oraz ulokowanie części gastronomii… poza terenem imprezy. Tłumy sfrustrowanych piwoszy przelewały się więc dokoła ogrodzeń. Być może miało to swoje uzasadnienie w ciągu dnia, gdy na piknik przychodziły rodziny z dziećmi, ale – bądźmy szczerzy – które dziecko jeszcze może zdziwić widok parasoli i urzędujących tam piwoszy? W każdym razie kula w płot, bo aby się dostać na festyn, trzeba było i tak w większości przypadków przejść koło stoisk z alkoholem. Być może chodziło o to, żeby publiczność pod sceną nie piła, ale przecież wystarczyło tam postawić barierki z bramkami i już…
Tu docieramy do kolejnego ważnego problemu – Starówka jest absolutnie nieprzygotowana do takich spędów! Na palcach można policzyć sklepy spożywcze, a już zwłaszcza sklepy spożywcze otwarte w późnych godzinach wieczornych. Stąd gigantyczne kolejki młodzieży spragnionej wyrobu piwopodobnego, który ktoś w jakimś koncernie piwowarskim w przypływie dobrego humoru nazwał piwem.
Jednak było coś, co uratowało Wianuszki: pokaz sztucznych ogni. Był świetny, był jednym z niewielu jasnych (dosłownie i w przenośni) akcentów święta. Nie było więc całkiem źleBędę też złośliwy: i tak warszawiacy mieli więcej szczęścia niż krakusi. Myśmy mieli święto po tej samej stronie Wisły, co staliśmy my. Oni zaś stali tam, gdzie stało zomo , tzn po drugiej stronie rzeki. Twarde dowody: mieli Lenny’ego Kravitza (podobno to był on a nie jakiś dubler z playbackiem) w odległości z pół kilometra od siebie. Jednak Warszawa umie się bawić!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s