Opowieść wigilijna

Tradycyjnie warszawiacy wyjechali na święta do domu. No i niektórzy poszli na pasterkę. Ksiądz przyjechał z odległej plebanii grubo przed czasem, oczywiście nikogo nie zastał, więc obraził się i odjechał. Parafianie z kolei przyszli o czasie i oczywiście nikogo nie zastali. Zaspy wtedy na drogach były, więc wyrozumiale czekali, pośpiewując i przytupując sobie raźnie. Jakieś pół godziny na mrozie i zaczęli się rozchodzić. W końcu ktoś zadzwonił na plebanię i zapytał, co zacz, a ksiądz się odbzdyczył i obiecał szybko przyejchać. I przyjechał szybko, po kwadransie. Akurat wtedy, gdy ostatni z parafian dochodzili do domów.
Zgadnijcie, co było potem? Myślicie, że ksiądz poczekał, aż się ludzie zbiorą?
Nie, bo po co. Zobaczył, że nikogo nie ma, to fru z powrotem. W międzyczasie ludzie pozwoływali się telefonicznie, ściągnęli z powrotem do kościółka i gromadnie pocałowali klamkę.
Stałem z koleszkami cały czas nieopodal trasy tej wędrówki ludów nie dając się mrozowi i nie żałowałem, bo zabawa była wyborna gdy ludzie pielgrzymowali na zmianę z księdzem w tą i w tamtą. Wtedy też poszły zakłady, czy za rok uda im się spotkać.

Minął rok.
Ksiądz był punktualnie, zajeżdżając zaś o mało nie wyhamował w żywopłocie. Trzymał się z dala od nielicznych w tym roku parafian, ale ci z tych kilkunastu osób, co byli trzeźwiejsi, wyczuli jaki miał cuch, choć żeby nie leźć mu w oczy trzymali się dalszych rzędów.
Pełna harmonia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s